Projekt Denko /Październik - Listopad/ Origins, Korres, Chanel, Josie Maran

12:08:00 PM




Tak dzisiaj patrzę na to swoje denko, które w końcu udało mi się ogarnąć w zasadzie od września i wynika z niego dość jednoznacznie, że lubię się myć. A jako, że to zdrowy odruch który niestety nie każdemu tak koniecznie wchodzi w nawyk mogę spokojnie pokazać Wam kilka produktów w których kocham się szalenie. Ok, wcale się nie kocham, bo produkty z Bath and Body Works mają to do siebie, że są zazwyczaj wypuszczane w seriach limitowanych, więc za każdym razem się zakochuję, ale nigdy do tej miłości nie wraca tylko idę dalej. To się chyba nazywa kosmetyczna zdzirowatość moje Drogie. Ale przynajmniej zostaję wierna marce. Homokosmetyczna zdzirowatość, ewidentnie.


1. Bath and Body Works - Stress Relief o zapachu eukaliptusa i mandarynki. Te żele do mysia z serii teraphy spa zawsze są ciut droższe, ale jako, że ja zupełnie nie szaleję za zapachem eukaliptusa to była to taka miłość trudna. Taka tabletka na ból głowy która pomaga, ale trochę gorzka.

2. Bath and Body Works - Secret Wonderland - miesiąc w miesiąc będę się rozwodzić na tym jak obłędnie wydajne są żele z BBW, ale jeżeli są jakieś promocje to naprawdę warto skorzystać.

3. Origins - Modern Friction czyli dosyć grubasny jak dla mnie peeling w formie pasty. Wydajny jak diabeł, ale jako, że ja lubię twarz peelingować często dla mnie trochę za mocny.


4. Garnier Ultra Doux, odżywka pielęgnacyjna z olejkiem z awokado i masłem karite, chyba moje dziesiąte opakowanie, kupuję na zmianę z ukochaną z Nivea, choć ostatnio jakby tą lubię mniej.

5. Original Source Lime - u mnie żele tej firmy schodzą bardzo szybko, średnio wydajne, ale taki plus, że wydajne. Ten zapach akurat mi nawet przydał, ale inne czasem wydają się zbyt "ciężkie".

6. Nivea Pearl&Beauty - poprawny, chociaż zawsze bawi mnie na dezodorantach ten dopisek 48h, tak jakby wystarczało myć się raz na dwa dni. Choć pewnie niektórzy w to wierzą.


7. L'Occitane - odżywka fatalna, podobnie jak szampon z tej samej serii, który zwiódł mnie świetną próbką. Tutaj nawet miniatura nie jest dobra, ciężko dopłukać, włosy matowieją, dobrego słowa nie powiem, choć bardzo bym chciała, bo nawet zapach przeciętny.

8. Bath and Body Works - żel antybakteryjny z kolekcji świątecznej, OBŁĘDNY jabłkowy zapach, 
aż w tym przypadku żałuję, że nie kupiłam kilku na zapas, bo to chyba najpiękniejszy jaki miałam.

9. Chanel i najlepszy krem jaki w życiu używałam. Teraz się domyślajcie po zdjęciu, kto zgadnie wygrywa (nie, nie krem)! Otóż to nawet nie krem, ale jak twierdzi producent "emulsja pielęgnacyjna" La Weekend de Chanel i ta słodka przyjemność stanowi dla mnie tą granicę za którą nie zapłaciłabym za krem do twarzy - pioruńskie 430zł, więc będę się tylko słodko przy kasach podlizywać po próbki.

10. Bath and Body Works - i znowu mój ulubiony produkt do rąk - tym razem w wersji zapachowej z czekoladowymi herbatnikami i piankami. Straszliwie słodki, ale kilka razy w tramwaju, zdarzyło mi się, że ktoś zapytał co to za cudo. Więc chyba fajniusi.


11. Le Petit Marsellais - Werbena i Cytryna, akurat to domowy peeling, który wykonywałam sama na warsztatach i jako, że był świetny ( choć gruboziarnista sól, trochę zbyt gruboziarnista ) to przekonałam się tylko do powrotu do starych, dobrych domowych peelingów z kawy.

12. Josie Maran, brązowa kredka do oczu, tępa i sucha choć kupiona ofoliowana, zawód straszliwy bo ani zwrócić, ani używać. Także moje drogie no raczej nie polecam.

13. Origins GinZing Eye Cream - mój ulubiony krem pod oczy - bardzo, bardzo wydajny, rozświetlający, dobrze współgra z korektorem cała recenzja już była, właśnie tutaj, więc drugi raz rozpływać się nad nim nie będę. Jedyna wada - cena, ale wydajność to wynagradza.

14. Illi, olejek do demakijażu - od kiedy poznałam olejki, nawet nie wyobrażam już sobie, żeby wracać do innej formy demakijażu. Zazwyczaj najpierw zmywam oczy, ale jako, że oczy maluję rzadko, to olejek + później pianka to moja codzienna forma wieczornego oczyszczania twarzy.

15. Korres, maseczka do cery mieszanej Pomegranate Cleansing Mask - wystarczyła na dwa razy, coś tam musiało być w niej nie tak, bo straszliwie się rozwarstwiała - jako, że jej cena w Polsce to 40zł, a wydajność jest po prostu fatalna u nas kupować jej się zupełnie nie opłaca, ale jeśli będziecie miały okazję gdzieś taniej to jak najbardziej - jest delikatna, skóra po niej jest bardzo miękka i nawilżona.

I to tyle. Otóż drobne ogłoszenie, nie dość, że jak widać wróciłam na miodem i mlekiem płynące łono, hehe, blogosfery to jeszcze pomyślałam, że zaszaleję i wrócę na Youtuba, a co. Szaleć to szaleć, a kiedy nie szaleć jak w święta. Ja już to czuję, chociaż dopiero zaczął się grudzień, ale ten wczorajszy śnieg, dzwonki w uszach i wszędobylskie światła. Ach. Aaaaach.

Sprawdź też

0 komentarze

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...