Budowanie szafy i stylu od podstaw cz. I Poszukiwania idealnego T-shirtu

9:00:00 AM


Z własnymi ubraniami i zadowolenia z tego co mam na sobie zmagam się chyba od zawsze. Miałam okresy szafy z wylewającymi się ubraniami, z których nawet nie obrywałam metek, ale też takie, w których szafa świeciła pustakami. Dwa lata temu, miałam takie mini podejście (bo trwało tylko trzy tygodnie) do pomysłu 10 elementowej szafy, co nawet próbowałam opisać na blogu. Cóż, niestety wiem, że aż tak surowy minimalizm zupełnie nie jest dla mnie (choć tu pisałam o 8 pokusach, które mi utrudniają bycie rozsądną minimalistką i ten tekst wciąż jest aktualny), chociaż nie wykluczam, że kiedyś spróbuję jeszcze raz. Ale dzisiaj mniej o minimalizmie, a więcej o czymś, czego do końca nie byłam świadoma i dopiero książka Joanny Głogazy (autorki bloga Style Digger)
uświadomiła mi mój jeden podstawowy problem. 

Otóż Kochani, ja zupełnie nie mam własnego stylu (przynajmniej w moim mniemaniu). Slow Fashion (do kupienia np. tu) jest naprawdę świetną książką, która uświadamia realia mody w jakich przyszło nam żyć, cały przesyt, bałagan i konsumpcjonizm, na który nie raz się nabierałam. Fajnie pokazuje, że wcale nie trzeba aż tak wiele, by krok po kroku stworzyć własny styl i do tego właśnie mnie jej książka przekonała. Jako, że nic nie porządkuje tak mojej wiedzy i planów jak zapiski, postanowiłam powolutku wraz z każdym postem swoją szafę powoli ułożyć od nowa i cóż, też trochę zbudować siebie na nowo.


Kilka tygodni temu, w moje ręce trafiła też książka Magia Sprzątania (sklep), która też bardzo mi pomogła w uświadomieniu sobie w których rzeczach czuję się najlepiej, które były wielką pomyłką i dzięki radom autorki pozbyłam się wyrzutów sumienia związanych z opuszczeniem z mojej szafy kartonu pełnego ubrań. Nakręciłam też z owych porządków krótki film, który wklejam Wam niżej. Przyznam Wam się szczerze, od czasu tych porządków udało mi się pozbyć jeszcze ok 10-12 ubrań i cóż, wiem, że to nie wszystko, bo na przecenach i wyprzedażach kilka rzeczy kupiłam (z których jestem szalenie zadowolona) a rzeczy te, spokojnie mogą zastąpić kilka, których jeszcze trochę żal się było wcześniej pozbywać. Natomiast problem po porządkach był jeden.


Po oczyszczeniu szafy okazało się, że nic do niczego nie pasowało. Najgorzej było właśnie z t-shirtami, które niekoniecznie pasowały do rozpinanych sweterków, wystawały niekoniecznie elegancko przy kołnierzach swetrów i pasowały w zasadzie tylko do jednolitych jeansów. Zostałam z rozczłonkowaną szafą, pełną ulubionych ubrań, w których nagle zaczęłam czuć się źle, bo wiele rzeczy się po prostu ze sobą gryzło. I właśnie wtedy, w moje ręce trafiła właśnie "Slow Fashion" i był to dla mnie moment idealny.


Przez lata kupowałam w sieciówkach na zmianę z second handami. Kiedyś moim ulubieńcem, no, już sporo lat temu był H&M, później Zara i Massimo Dutti. I w zasadzie te trzy sklepy i okazjonalnie Mango czy Bershka to były jedyny sklepy w których robiłam zakupy. Od czasu do czasu robiłam zakupy w SH, szczególnie w mojej rodzinnej miejscowości gdzie wybór był duży, popyt średni, ale takie zakupy też częściowo kończyły w workach do oddania. Natomiast jedna sytuacja otworzyła mi trochę oczy.

Dwa lata temu kupiłam płaszcz z Zary, który kosztował 399 zł, co było dla mnie dużym wydatkiem, ale miałam nadzieję, że będzie to dobry zakup na kilka lat. Nie był - i to z dwóch powodów. Po pierwsze okazało się, że nie był tak dobry jakościowo jak przypuszczałam - straszliwie się mechacił więc musiałam włożyć dużo pracy, by wyglądał względnie dobrze. Po drugie, i wstyd przyznać, ale jako kobietę zabolało mnie dużo mocniej - co rusz spotykałam inną dziewczynę w tym samym płaszczu. Za karę nic nie kupiłam sobie w zeszłym roku, więc w tym czekają mnie poszukiwania tym razem czegoś bardziej klasycznego, więc wpis z moich poszukiwań zapewne już niedługo się pojawi na blogu.


Pewnie trudno będzie Wam w to uwierzyć, ale dopiero w tym roku kupiłam sobie zwykły biały t-shirt. Zawsze podczas przecen, wolałam kupić jakiś tańszy kolorowy ( i podobnie uczyniłam w lutym czy marcu, dziś dwie koszulki z tych właśnie zakupów poszły do oddania) niż kupować te najzwyklejsze ciuchy. Do tego często się zdarza, że w sieciówkach te linie basic w ogóle nie są przeceniane - możemy jedynie liczyć na naprawdę lichej jakości bezrękawniki za 14,90 zł. 

Kupiłam koszulkę z linii Basic H&M za 24.90 zł (dokładnie taki) oraz bezrękawnik z tej samej linii, także biały (taki jak tutaj) za 14,90 zł. Po kilku miesiącach niestety, szew jednej się przesunął i koszulka "skręca" druga natomiast sprała? się na dość dziwny odcień błękitu (mimo prania tylko z bialymi). Mam też bokserkę z Bershki (taka jak tu i z niej jestem zadowolona), ale Szusz wspominała w którymś, z filmików dotyczących jej szafy, że te zarowskie koszulki na szerokich ramiączkach całkiem dobrze się sprawdzają - jeśli więc macie jakieś sieciówkowe koszulki, które trzymają się bez zarzutu dajcie znać w komentarzu.


Później zdecydowałam się na podejście do trochę lepiej przykładających się podstawowych produktów marek, a jako, że GAP w Arkadii został zlikwidowany wylądowałam na Zalando i to ostatnio tutaj robię, jeśli już jakiekolwiek robię zakupy online. I zadecydowały o tym też dwie rzeczy. Pierwsza mogłaby się wydawać prozaiczna, ale jest to darmowa wysyłka przy każdych zakupach. Już wstyd mi się przyznawać, ile razy szukałam czegoś na siłę przy zakupie jednej rzeczy, żeby załapać się na darmową wysyłkę - i nie muszę mówić, ile razy te "dodatkowe zakupy" okazywały się trafione :/ Po drugie to, o czym Wam już też wspominałam pisząc o płaszczu - wybór wielu marek i co najważniejsze, często dość nieznanych i rzadziej spotykanych jak dla mnie też przemawia na plus, bo jeśli już mąż mówi, że widział kobietę w takim samym płaszczu to to już jest Kochani przegięcie.

Po kilku miesiącach noszenia i to przyznam dość intensywnego najlepiej wypadają według mnie koszulki z GAP i choć ich cena podstawowa jest dosyć wysoka, to teraz udało mi się kupić ich kilka z -40% i już widzę, że to był jeden z lepszych zakupów jakie mogłam zrobić, bo w szczególności ten model niżej ma świetny krój. Kupiłam też na próbę dwa białe t-shity innych marek - wybrałam Benettona i nieznaną mi markę Kiomi. Tak się prezentują:


Benetton(1)/GAP(2)/Kiomi(3)

Czego mi na ten moment brakuje w szafie - zwykły biały t-shirt w cieniutkie czerwone paseczki i/lub  identyczny - w granatowe paseczki . I tak, jestem totalnie uzależniona od pasków, o pasiakach z resztą będzie już jutro. Trzecim t-shirtem, którego brak wielki odczuwam to ten zwykły, czarny (tak, nie mam czarnego i pewnie zdecyduję się na ten) oraz ciemnoszary melanż (już miałam nawet kliknąć ten ale bałabym się, że mogłoby być widać zapięcie od stanika). I nawet nie byłabym w stanie wymyślić czy czegoś jeszcze potrzebuję, bo już zupełne wszystko. Mogłabym w zasadzie iść w wielokrotność ulubieńców, ale to większego sensu nie ma, bo pranie robię na bieżąco.



Jestem pod wrażeniem, ile byłam w stanie nasmarować o zwykłych t-shirtach. Chciałam dopisać trochę a propos tych poszukiwanych przeze mnie, zwykłych t-shirtach w paski, ale wyszedł z tego drugi post, który jak wspominałam wrzucę Wam jutro wieczorem. I pewnie powtórzę się, ale to jest przerażające, jak trudno, w świecie wylewających się ubrań ze sklepowych półek - znaleźć coś do bólu klasycznego i jednocześnie świetnej jakości.  Po przyznam Wam, że nawet nie zdawałam sobie sprawy jak bardzo właściciele koncernów odzieżowych starają się nam wpakować tanie i liche brzydactwa, które lądują i nas w szafie i po kilku tygodniach zachodzimy w głowę jak to się stało, że nie dość, że wzięliśmy to ze sobą to jeszcze zapłaciliśmy za to. Przeprawa i walka o swoją szafę będzie ciężka, już to widzę - myślę jednak, że najtrudniejsze mam za sobą, bo poszukiwania, choć czasem trudne, sprawiają mnóstwo przyjemności. Do jutra!

Sprawdź też

0 komentarze

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...